Smutno mi, bo wpis, który miał tu trafić, stracił dzisiaj trzech czytelników. Stracił tych najważniejszych i nie ma sensu go pisać.
Łzy rozczarowania, łzy złości skapują na podłogę, spływając najpierw po policzkach, zatrzymując się na chwilę w kąciku ust. Jeszcze czuję ich słony smak.
Nadal trwa to, co zaczęło się kilkanaście dni temu. Nadal nie wierzę w sens własnej egzystencji, nadal załamują mnie najmniejsze nawet problemy.
A kiedy traci się zaufanie do przyjaciół, nic już się nie liczy.
Kiedy traci się zaufanie do przyjaciół, pęka ostatnia tama odgradzająca mnie od śmierci.
Od śmierci bolesnej, powolnej i upragnionej.
Śpisz z nożem w dłoni, przyjacielu?
Przykro mi, że nie chciałeś o tym rozmawiać, kiedy jeszcze miałem siły.
Kiedy straciłem dla Ciebie znaczenie? Kiedy zapomniałeś o tym, że Cię potrzebuję i znalazłeś sobie lepsze zajęcie niż niańczenie mnie?
Kiedy?
Kiedy pozwoliliście sobie odepchnąć moje kłopoty od siebie?
Kiedy powiedzieliście pierwszy raz: daj spokój, nie gadajmy o tym?
Kiedy? Kiedy? Kiedy?
Kiedy zapomnieliście, że każde nierozważne słowo może być tym ostatnim, które usłyszę od Was?
Kiedy zamęczyłem Was swoimi problemami?
Kiedy pierwszy raz przed nimi uciekliście?
Ilekroć umiecie odpowiedzieć na pytanie, tyle razy wbijacie mi nóż w klatkę piersiową.
Nie chcę, żebyście mnie tak traktowali.
Chciałem tylko przyjaźni, wsparcia. Czasem zwykłego dobrego słowa.
Teraz nie chcę już niczego.
I nie dotrwam do tego, kiedy znowu mi pokażecie swoją wartość.
Dziś jakoś dziwnie.
Na dworze najpiękniejsza z możliwych zim. Bezchmurne, błękitne niebo, słonecznie. Na dworze dookoła biel. Ślicznie.
Obudziłem się w dobrym nastroju.
Przeraziło mnie tylko to, dlaczego ten dobry nastrój.
Będzie z tego nieszczęście, wydaje mi się.
Tak to jest jak ktoś się cieszy z tego, czego nie chce ktoś inny.
Bywa. Łatwo być nie miało i nie jest.
Poderwałem się radosnym podskokiem z łóżka, nie zamarzając przy tym w powietrzu.
Hmmm, generalnie nie było mi zimno. Noc w koszulce i bokserkach, później w tym samym odzieniu spacery po domu. Kuchnia, łazienka, łóżko.
Nic to. Wstałem.
Co zrobiłem najpierw? To chyba oczywiste. Włączyłem muzykę.
Jaką? Jakiej muzyki może słuchać fan Sigur Ros i różnego typu rocka i metalu, i całej reszty?
Może słuchać Tiesto. Włączyłem najnowszą płytę „Kaleidoscope”. Nic nie budzi tak dobrze jak ta muzyka (kawałki 1(najlepszy!!), 2, 5, 6-7, 11, 12 i coś tam pod koniec to mistrzostwo świata).
Polecam.
Co później?
Trzeba ogarnąć chatę, napalić (a żeby napalić, musiałem najpierw narąbać drewno).
Teraz siedzę, tłumaczę się na gg i robię wpis na blog.
I to by było na tyle.
No, może jeszcze to, że już nie mam dobrego humoru z rana.
Przyjemnego dnia każdemu, na razie.
Przeglądam blogi.
Pełne narzekań, strachu, niepewności.
Wszystko zgonione na zimę, na biel, szarość, zimno, mokro.
Rozśmiesza mnie to.
Dookoła słabi ludzie opowiadający o tym, jak im źle. Nie widać ochoty walki, nie widać wiary w jutro.
Czy to oznacza, że taki jest teraz model człowieka?
Ofiara losu, płacząca na forum publicznym?
Po co?
Żeby wywołać współczucie? Przecież to najgorsze z uczuć.
Żeby dobić się jeszcze bardziej? Bez sensu.
Żeby na piśmie nazwać własne lęki, do których trudno się przyznać? Być może.
Nie wiem i nie jestem pewien.
A przecież i u mnie dziesiątki były takich wpisów.
Więc może i tamte pisane są po to, żeby wszyscy przyjaciele mieli jednakowy wgląd w to, co się z delikwentem dzieje?
Nie wiem.
Wiem tylko, że coś we mnie wywołuje szaleństwo.
Szaleństwo złości, niedomówień- wszędzie widzę nieszczerość czy zwykłe kłamstwa.
Szaleństwo podważania podstawowych wartości.
Szaleństwo załamania wiary w innych.
I mnie to szaleństwo ogarnia.
I mam nadzieję, że to tylko szaleństwo. Inaczej nic nie miałoby sensu.
Jeśli się nie mylę w swoich przypuszczeniach, żyć nie ma potrzeby.
Otwieram oczy.
Sam żyję i sam sobie radzę.
Tak było, tak jest.
Mam nadzieję, że tak nie będzie. Chcę odpocząć.
Chcę wreszcie poczuć się wspierany.
Chcę wreszcie wierzyć, że słowa: kocham, przyjaciel, dom znaczą dla innych dokładnie to, co ja myślę.
Czas pokaże.
Nie ma we mnie strachu, nie ma tego przykrego uczucia, które każe siedzieć w kącie, cicho łkając.
Jestem zły.
Jestem zły na to, że innym nie wychodzi.
Jestem zły na to, że inni mają źle mimo tego, że się starają.
Jestem zły, kiedy słucham płaczącego przyjaciela i wiem, że nie pomogę.
Jestem zły, ponieważ tracę wartość dla innych.
Być może zawiniłem. Nie wiem. Wiem jednak, że teraz to ja pokażę, że nie warto mnie znać.
Pokażę, że nic nie dam od siebie. Nie dam, bo nie umiem. Bo straciłem wiarę.
Po co walczyć, skoro jest źle?
Nie będę się wysilał a będzie tak samo. Nie widzę sensu w walce o nic.
O upokorzenie, o odsunięcie, o kłamstwo? Przecież o to nie trzeba walczyć.
O przyjaźń? Wczoraj widziałem, że nic nie mogę. Wczoraj widziałem, że jestem niepotrzebny.
O szczęście? Zmęczyłem się. Więcej szczęściu pomóc nie chcę. Niech przyjdzie albo niech spierdala.
Żyję, żyłem.
Nie pogorszy się.
Ciekawe, jak szybko zaczyna wątpić osoba pozbawiona wsparcia.
Osoba, która tego wsparcia już oczekuje, już bez niego nie może normalnie egzystować.
O co w tym wpisie chodzi? Ja wiem. Czy wy wiecie, nie obchodzi mnie to.
Na pytania odpowiem.
Tylko po co?
Licznik odwiedzin: 2628
gg7925529